„Hands-On” MB&F

„Robię dokładnie to w co wierzę” – tak brzmi motto Maximiliana Bussera. Tłumaczy ono w dużej mierze nietuzinkowość czasomierzy spod znaku MB&F.

Szczerze przyznam – nie sądziłem, że kiedykolwiek będę miał okazję napisać taki tekst. MB&F jest jedną z tych marek, która nakręca naszą pasję zegarkową, a jednocześnie jedną z tych kosmicznych manufaktur, które wydają się być kompletnie oderwane od polskiej rzeczywistości. Szczęśliwym zrządzeniem losu MB&F zadebiutował w naszym pięknym kraju, niczym nieoczekiwany cud, a my mieliśmy niepowtarzalną okazję nie tylko bliżej przyjrzeć się kilku czaso-maszynom, ale i porozmawiać o nich z samym Maxem Busserem.

„O decyzji wejścia na polski rynek zadecydowała osoba Piotra Miszczuka, właściciela butiku Hermitage, który uwierzył w nas i naszą kolekcję na tegorocznym BaselWorld. To było dla nas fantastyczne zaskoczenie.” I jeśli myślicie, że MB&F nie znajdzie w naszym nieco ubogim zegarkowo kraju odbiorcy, zapewniamy, że jest wręcz przeciwnie. Ale pomińmy biznesową stronę przedsięwzięcia (dodając jeszcze, że rok 2013 to liczba 250 zegarków wyprodukowanych i nieco zwiększona sieć dystrybucji), i skupmy się na samej esencji MB&F – zegarkach.

Definiując potencjalnego klienta Max Busser opisuje „osobę odważną, bezkompromisową i obdarzoną niekonwencjonalnym gustem, a co najbardziej intrygujące, osobę, która kupuje MB&F nie na pokaz, a dla zaspokojenia własnej chęci posiadania czegoś niezwyczajnego. Istotne jest również zrozumienie dla historii i tła powstania kooperacji Max Busser & Friends.” I jeśli już spełni się te wszystkie teoretyczne założenia, oto co otrzymujemy…

Elementy spajające wszystkie 4 opisane poniżej MB&F’y (jak i całą pozostałą kolekcję) to designerska futurystyka, choć ich mechaniczna strona to konwencjonalne technologie i materiały, z naciskiem na tradycyjną stal i mosiądz. Max Busser podkreśla, że „niezawodność oraz ewentualna łatwość serwisowania w przyszłości są kluczowymi elementami DNA marki.” Próżno więc szukać w MB&F’ach krzemu czy innych nowoczesnych rozwiązań – mechanicznie to mocno zakorzeniona tradycja w nowoczesnej interpretacji.

Legacy Machine No.1

Dla wielu to właśnie pierwsze Legacy Machine jest najciekawszym zegarkiem firmy. Model, który opisywaliśmy już szeroko TUTAJ, wyrósł z fascynacji tradycjami zegarmistrzostwa, sięgającymi początku XIX wieku. Stworzony wspólnie z Jeanem-Francoisem Mojonem i Kari Voutilainenem projekt reinterpretuje mechaniczny zegarek z ręcznie nakręcanym mechanizmem, dwoma zupełnie niezależnymi od siebie wskazaniami czasu, trójwymiarową rezerwą chodu i wreszcie clou całości – lewitującym w powietrzu (oczywiście umownie) wielkim kołem balansowym, które podtrzymuje jedynie szkieletowane ramię, inspirowane przęsłem Wieży Eiffla.

Legacy Machine No.1
Legacy Machine No.1

Model na zdjęciach to wersja w 18ct różowym złocie z brązowym aligatorem i srebrną, ozdobioną delikatnym szlifem tarczą. Na niej, symetrycznie po obu stronach, ulokowano dwie otoczone złotym pierścieniem, wypukłe porcelanowe tarcze wskazań czasu z namalowanymi indeksami rzymskimi i dwoma parami małych, błękitnych wskazówek ze złota. Jak wspomniałem, tarcze są od siebie zupełnie niezależne, a czas na nich ustawia się dwoma przypisanymi koronkami.

Legacy Machine No.1
Legacy Machine No.1

I choć te małe, porcelanowe tarczki wyglądają urzekająco, wzrok automatycznie przeciąga co innego – ulokowane centralnie ramię z kołem balansowym i znajdująca się poniżej, pionowa rezerwa chodu (jej wskaźnik). Złoty balans ma 14mm średnicy i dzięki taktowanemu na powolne 18.000 wahnięć/h mechanizmowi majestatycznie tyka, robiąc potężne wrażenie na oglądającym. Do tego dochodzi łukowata, trójwymiarowa rezerwa w formie ramienia unoszącego się do góry (kiedy werk jest w pełni nakręcony) i opadającego ku dołowi, kiedy zegarek wymaga dokręcenia. Legacy Machine No.1 to, dzięki tym dwóm detalom, jeden z bardzo niewielu zegarków, którego oglądanie od frontu jest mniej przyjemne niż z boku. To z kolei zasługa kopulastego, szafirowego szkła, które okrywając cała konstrukcję zwiększa także grubość zegarka do pokaźnych 16mm (przy 44mm średnicy). Co zaskakujące, przy tych gabarytach zegarek świetnie leży na nadgarstku.

Legacy Machine No.1
Legacy Machine No.1

Jeszcze słowo o mechanizmie. Ten zaprojektowali wspólnie panowie Mojon i Voutilainen łącząc funkcjonalność, tradycje i topowe wykończenie w jeden fantastyczny werk, niczym żywcem wyjęty ze starego zegarka kieszonkowego najznamienitszej manufaktury.

Legacy Machine No.1
Legacy Machine No.1
Legacy Machine No.1 - kaliber
Legacy Machine No.1 – kaliber

Horological Machine No.4 Thunderbolt

Różowo-złoty No.4 Thunderbolt to dokładne zaprzeczenie LM i jednocześnie dowód na niesamowitą różnorodność propozycji marki. Ten chyba najbardziej futurystyczny w formie zegarek MB&F inspirowany jest silnikami samolotów odrzutowych. Koperta składa się z trzech głównych modułów: dwóch z różowego złota i centralnej sekcji wyciętej z jednego kawałka syntetycznego szafiru.

Horological Machine No.4 Thunderbolt
Horological Machine No.4 Thunderbolt

Za wskazania w modelu odpowiadają dwie poziome gondole z umieszczonymi pionowo (prostopadle do nadgarstka) tarczami: po prawej godzin i minut, po lewej rezerwy chodu.

Horological Machine No.4 Thunderbolt
Horological Machine No.4 Thunderbolt

Widoczny przez szafirowy łącznik obu gondol werk, to bazujący na komponentach z mechanizmu Girard-Perregaux kaliber automatyczny, stworzony przez Laurenta Basse z Les Artistans Horologers. Jego nietypową architekturę zaprojektowano specjalnie dla HM4 (rozwiązanie takie wymusiła konieczność dopasowania do niestandardowej koperty), łącznie z dwoma umieszczonymi na obu końcach koronkami do nakręcania i ustawiania czasu.

Horological Machine No.4 Thunderbolt
Horological Machine No.4 Thunderbolt

HM4 Thunderbolt to duży (choć nie tak duży, jak może się wydawać po zdjęciach) i, z racji różowego złota, ciężki zegarek, który z pewnością nie schowa się pod mankiet koszuli. Z drugiej strony nie jest to jego przeznaczenie, a i nie wyobrażam sobie, by posiadając takie cudeńko ktoś chciał chować je pod ubranie.

Horological Machine No.4 Thunderbolt
Horological Machine No.4 Thunderbolt

Horological Machine No.3 (MoonMachine i Megawind)

HM3 to z kolei chyba najbardziej udana kolekcja MB&F. Udana w sensie po społu sukcesu marketingowego, biznesowego i wizerunkowego. Do tej pory powstało kilka wariantów HM3, w tym dwa, które mieliśmy okazję obejrzeć z bliska: MoonMachine i Megawind.

Ten pierwszy (opisywany już TUTAJ) stworzono w ramach serii „Performance Art” i bliskiej współpracy z fińskim zegarmistrzem Stepenem Sarpanevą. Jego wkład w projekt to dodanie do wersji HM3 „Frog” wskazania faz księżyca. Interpretacja ta to ciemnogranatowy rotor imitujący gwieździste niebo i księżyc w charakterystycznej dla Sarpanevy formie (mówi się, że jej wizerunek to twarz samego Stepena).

MoonMachine
MoonMachine

Reszta zegarka to model „Frog” czyli koperta (18ct różowe złoto) inspirowana statkami kosmicznymi z filmów i opowiadań fantasy plus dwie szafirowe kopuły (niczym oczy żaby – stąd nazwa) odpowiadające za wskazanie czasu – godziny na jednej, minuty na drugiej aluminiowej kopule. Kaliber zegarka to baza od Girard-Perregaux i konstrukcja Jeana-Marca Wiederrechta i jego firmy Agenhor.

MoonMachine
MoonMachine
MoonMachine
MoonMachine

Megawind (czytaj więcej TUTAJ) to z kolei prawdopodobnie ostatnie wcielenie HM3. Jego centralny punkt to jeszcze bardzie wyróżniony i podkreślony rotor automatycznego mechanizmu. Przypominający formą topór wojenny z filmów S-F wahnik ma dwa ostrza, które tajemniczo chowają się pod częścią koperty, a wprawione w ruch świetnie animują całą konstrukcję.

Megawind
Megawind

Wersja ze zdjęć to prywatny zegarek Maxa Bussera – 18ct białe złoto oraz tytan i pochodzące z pierwszych wersji HM3 szafirowo-tytanowe, okrągłe bloki ze wskazaniami minut i godzin zarówno na bokach jak i na ich wierzchu. Ten model wykorzystuje tożsamy z MoonMachine kaliber na bazie GP z dwoma ulokowanymi na spodzie, dużymi łożyskami ceramicznymi.

Megawind
Megawind

Maximilian Busser i Przyjaciele

Kiedy zapytałem Maxa Bussera, czym tak naprawdę kieruje się projektując swoje zegarki, przerwał mi mówiąc „To co tworzymy to sztuka, a nie konkretne obiekty”. Koncepcja MB&F, choć wydaje się totalnie oderwana od rzeczywistości, od początku zakładała, że bez sensu jest tworzenie czasomierzy w formie niezmienionej praktycznie od tej sprzed dziesiątek i setek lat. MB&F to kinetyczne rzeźby (niestety patent na nazwę Kinetic ma już Seiko), które przy okazji – pomimo iż nie jest ona nadrzędna – pełnią funkcję czasomierzy. Kreatywność samego Bussera jak i otaczających go ludzi (a wybiera tylko tych najlepszych, pracujących dla prawdziwych tuzów branży, których dodatkowo lubi prywatnie) nie zna granic. Choć to on podejmuje finalne decyzje (mówiąc mądrze, że „kreatywność nie jest procesem demokratycznym”), ludzie z którymi firma współpracuje są kluczowi w powstawaniu każdego kolejnego projektu. Wkrótce MB&F otworzy pierwszą, własną manufakturę, a w kolejnych modelach umieszczane będą już własne, manufakturowe kalibry.

Ewoluuje również koncepcja M.A.D Gallery, czyli połączenia zegarkowego butiku i galerii niecodziennej sztuki użytkowej, obecnie ulokowanej jedynie w Genewie. Dwie nowe galerie wkrótce otworzą swoje podwoje na Bliskim Wschodzie i w Azji.

M.A.D Gallery / foto: mb&f
M.A.D Gallery / foto: mb&f
M.A.D Gallery / foto: mb&f
M.A.D Gallery / foto: mb&f

Dla wielu z Was cała koncepcja, filozofia i działanie MB&F mogą się wydawać pozbawione większego sensu – dla mnie to jeden z genialniejszych współczesnych twórców. Zegarków klasycznych jest cała masa i pełna gama – do wyboru do koloru. Marek takich jak MB&F jest garstka, policzalna na placach jednej ręki. Dodatkowo obcowanie z ludźmi pokroju Maximiliana Bussera jest czystą przyjemnością, a poziom zegarmistrzowski oferowanych przez jego firmę czasomierzy jest najwyższej klasy.

Megawind
Megawind
Zdjęcia: Micha Grygalewicz – Madrugada Foto Art