Hands-On Swatch Scubaqua „Sea Wasp” z modułem Swatch Pay
W swojej najnowszej odsłonie nurkowy zegarek Swatch Scubaqua łączy charakterystyczny dla marki, kolorowy design, biokompozyty oraz wygodny system płatności bezdotykowej.
Artykuł powstał w ramach płatnej współpracy z marką Swatch
Zarówno dla mnie, jak i dla wielu z Was, zegarki noszone w latach młodzieńczych – czyli w 80. i 90. – to przede wszystkim Montana z melodyjkami oraz wszelkie japońskie wynalazki z kalkulatorem czy stoperem. Ewentualnie modele z pudrowych cukierków, ale to już inna historia. Na zachodzie temat wyglądał nieco inaczej – tam podstawowym czasomierzem dla ludzi w każdym wieku był Swatch: przystępny cenowo, designerski no i co by nie mówić “Swiss Made”.
Ja bardziej zaprzyjaźniłem się z marką zaledwie kilka lat temu i muszę przyznać, że szukanie Swatchy sprawia mi niemałą radość. Przez ten czas uzbierałem dość niewielką (ale zawsze) kolekcję – około 40 modeli z różnych okresów: od wczesnych lat 90. do modeli współczesnych, które cieszą za każdym razem, kiedy zakładam je na nadgarstek. Bez używania wielkich słów – w dzisiejszych czasach, w których luksusowe zegarki stały się obiektem spekulacji i producenci w nieskończoność windują ich ceny, Swatch jest swego rodzaju manifestem dziecięcego luzu, przyjemności z posiadania czegoś trochę innego i możliwością niekończącej się zabawy z kolorami, stylizacjami i doborem zegarka pod konkretną sytuację. Wszak taka właśnie była jedna z idei powstania marki.

Kwarcowa rewolucja
Historia marki Swatch to jak by nie patrzeć historia współczesnego zegarmistrzostwa – i to tego przez duże “Z”. Markę znają wszyscy i dużo osób zapewne kojarzy historię jej powstania oraz to, w jaki sposób (tu duże słowo) uratowała ówczesny, pogrążony w głębokim kryzysie szwajcarski przemysł zegarkowy (więcej o tym przeczytacie w artykule: Dzieje zegarmistrzostwa: Kwarcowa rewolucja).
Kiedy Japończycy z końcem lat 60 wymyślili mechanizm kwarcowy, świat tradycyjnego zegarmistrzostwa nie przypuszczał w najśmielszych nawet snach, że w ciągu niecałych dwóch dekad prawie całkowicie zniknie. Zatrudnienie w przemyśle zmniejszyło się o 2/3 i wiele małych, rzemieślniczych zakładów zakończyło produkcję. Przepadły również dokumentacje, maszyny i narzędzia. Nicolas G. Hayek – twórca Swatch oraz Swatch Group – w 1979 został poproszony przez szwajcarskie banki o likwidację dwóch największych konglomeratów zegarmistrzowskich – SSIH oraz ASUAG – które posiadały nie tylko znamienite marki zegarkowe, ale również produkowały komponenty do ich produkcji.
Swatch ratunkiem dla tradycji
Hayek zamiast likwidować wolał zrestrukturyzować przemysł zegarkowy oraz dodać coś, co wielu nie mieściło się w głowie – tanie, kolorowe, kwarcowe zegarki. Tak w 1893 powstał Swatch – i nie, nie jest to połączenie słów “swiss watch”. Twórca marki miał koncepcję, że Swatche będą “second watch” – zegarkami, które będą kolejnymi w kolekcji, po tym jednym, albo dwóch, “poważnych” zegarkach.
Początkowo z 12 modelami w ofercie i dzięki geniuszowi amerykańskich speców od marketingu zegarki Swatch stały się globalnym fenomenem, osiągając po 9 latach istnienia firmy (w 1992 roku) sprzedaż 100 milionów egzemplarzy. Hayek oraz jego zespół postawili na design, kolory i zegarkowy fast fashion – kolekcje podstawowe, który były na rynku 2-3 lata oraz kolekcje specjalne, zmieniające się co kilka miesięcy.
Współprace ze znanymi artystami lat 90. (Kiki Picasso, Keith Haring, Alfred Hofkunst, czy znany prekursor sztuki mediów elektronicznych Nam June Paik) oraz obecność blisko sportów ulicznych, jak skateboarding, uczyniły markę fenomenem popkulturowym, a same zegarki poważnymi, poszukiwanymi obiektami kolekcjonerskimi.
Odważne współprace
Przez lata Swatch wprowadził wiele innowacji – zegarki z zasilaniem solarnym (posiadam model z 1997 roku – SRN101), dotykowe ekrany w kolekcji Touch z 2011 roku, czy słynny Sistem51 na 30. rocznice powstania marki – automat składający się tylko z 51 komponentów (i mój pierwszy Swatch!) montowany w całkowicie zautomatyzowanym procesie. Wspomnę jeszcze o Swatch Pay – mam duży ubaw płacąc w sklepie zegarkiem z motywem różowego pączka, który powstał we współpracy z twórcami The Simpsons.


Prawdziwym przełomem dla marki okazała się współpraca w ramach Swatch Group – początkowo z Omegą, czyli Moonswatch, a potem z marką Blancpain – Scuba Fifty Fanthoms. Nie muszę pisać, że te współprace (zwłaszcza z Omegą) okazały się wielkim sukcesem dla obu marek – wywołały spory szum, masę komentarzy środowiska zegarkowego (jak zwykle, nie wszystkie pozytywne) i zwróciły uwagę konsumentów, którzy do tej pory na Swatche nawet nie spoglądali.
Bioceramiczny nurek z prawdziwego zdarzenia
I tu powoli zbliżamy się do sedna tego artykułu, czyli zegarka nurkowego. Kolekcję Scubaqua wprowadzono w 1989 roku jako uzupełnienie oferty o zegarki typowo sportowe – zarówno, jeśli chodzi o design, jak i parametry techniczne.
Swatch do obu tematów podszedł bardzo poważnie. Powstały egzemplarze pełne kolorów i zabawnych motywów, ale z prawdziwym, obrotowym bezelem i wodoszczelnością na poziomie 200 metrów. Kiedy dobre 15 lat temu spotkałem się z tą kolekcją, nie mogłem uwierzyć, że lekki, plastikowy, a przez gabaryty oraz formę mocno „zabawkowy” zegarek może być aż tak solidnie uszczelniony. A jednak!

Nurkowe Swatche na kilka lat zniknęły z oferty i kiedy szukałem swojego 44-milimetrowego, plastikowego potwora – modelu Swatch Bumble Dive – okazało się, że Scuba powraca w wielkim stylu, w wersji Blancpain x Swatch Scuba Fifty Fanthoms. Kolejny ruch marki okazał się równie ciekawy. Kolekcja Scubaqua, która zrywa całkowicie z dotychczasowym designem i wprowadza go na trochę bardziej “poważne” designersko tory.
44 milimetrowa koperta modeli Scubaqua wykonana jest z dwóch rodzajów materiału – znanej z innych kolekcji Swatcha bioceramiki oraz biomateriału stworzonego na bazie oleju rycynowego. Połączenie białej bioceramiki oraz kolorowych komponentów z przezroczystego kompozytu daje przyjemny dla oka efekt, który według producenta ma kojarzyć się z podwodnym światem, a konkretnie meduzami unoszącymi się w morskiej toni.


Pomimo dość dużego rozmiaru, zegarek świetnie leży na nadgarstku a dzięki zastosowaniu wspomnianych, charakterystycznych dla Swatcha materiałów jest lekki i niemal nie czuć go na nadgarstku. Bardzo przypadło mi do gustu umiejscowienie koronki na godzinie 10 – z jednej strony poprawia wygodę użytkowania, z drugiej nawiązuje wizualnie do zaworu helowego, który możemy spotkać w wielu zegarkach dla profesjonalnych nurków.
Jak na rasowego nurka przystało, nie mogło zabraknąć obrotowego bezela, który działa z lekkim oporem i wydaje przyjemne, “gęste” klikanie. Dodam, że pracuje niezwykle precyzyjnie, co uspokoi wielu użytkowników, którzy zwracają uwagę na detale.

Przy projektowaniu zegarka pamiętano o jeszcze jednej charakterystycznej właściwości toolwatchy – czytelności. Zarówno oznaczenia na bezelu jak i na tarczy są duże, pokryte substancją świecącą, z indeksami jak w rasowym diverze. Półprzezroczysta tarcza chroniona jest szkiełkiem z materiału bio znanego chociażby z kwadratowych zegarków Swatch “What if…”. Całość wieńczy dwukolorowy pasek z silikonu, który choć wygodny i o przyjemnej teksturze, ma tendencję do przyciągania kurzu, co przy granatowym kolorze testowanego modelu jest dość widoczne. Pasek zapina się na tradycyjną klamerkę z trzpieniem. Nie zapomniano również o podwyższonej wodoszczelności – nie jest to poziom historycznych klasyków Scuba, ale 100 metrów całkowicie wystarczy.



Zegarek Swatch Scubaqua “Sea Wasp” (jako jeden z dwóch), który miałem przyjemność nosić wyposażony jest w jedno z moich ulubionych Swatchowych udogodnień – Swatch Pay, dzięki któremu możemy płacić zbliżeniowo za pomocą zegarka po uprzednim zarejestrowaniu karty płatniczej w aplikacji.
Nowości w kolekcji obejmują cztery zegarki w kolorach granatowym („Sea Wasp”), turkusowym („Medusea”), różowym („Flower Hat”) oraz pomarańczowym („Pacific Sea Nettle”), co łącznie daje nam już 9 kolorów – myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Cenę jednego egzemplarza ustalono na 710 PLN (bez Swatch Pay cena spada do 665 PLN).




Dla mnie osobiście kolekcja Scubaqua to powiew świeżości w ofercie, na który szczerze mówiąc czekałem. Sportowy charakter zegarka idealnie wpisuje się w nieustającą modę na toolwatche, a w tak kolorowym wydaniu bardzo dobrze urozmaica nadgarstek. Konkretny design, wygoda, wodoszczelność i system Swatch Pay to doskonały wybór na aktywności nie tylko nad wodą, ale również eksplorację miejskiej dżungli.

Swatch Scubaqua "Sea Wasp" z modułem Swatch Pay
| Producent | Swatch |
| Nazwa modelu | Scubaqua "Sea Wasp" z modułem Swatch Pay |
| Ref. | SSCU09N100 |
| Mechanizm | kwarcowy |
| Tarcza | granatowa |
| Koperta | bioceramika |
| Średnica (mm) | 44 |
| Wysokość (mm) | 15,40 |
| Wodoszczelność | 100m |
| Cena (PLN) | 710 |


