Moda na mniejsze średnice kopert trwa w najlepsze, co potwierdzają kolejne premiery kompaktowych wersji kultowych zegarków – a do tych zdecydowanie zalicza się najnowsza odsłona Speedmastera 38.
Z perspektywy czasu można pokusić się o stwierdzenie, że wiele z mniejszych, automatycznych iteracji „Moonwatcha” cierpiało na pewien kryzys tożsamości. Modele te starały się częściowo przywodzić na myśl pełnowymiarową wersję, jednocześnie wyróżniać się stylistycznie na tyle, by stanowić osobną jakość – co nie zawsze udawało się idealnie wypośrodkować.
Jednym z lepszych przykładów udanego kompromisu był pierwszy Speedmaster Automatic, znany jako „Reduced”, którego premiera odbyła się w 1988 roku. Ten 39-milimetrowy chronograf wystarczająco przypominał większego brata, ale posiadał automatyczny naciąg i delikatnie przeprojektowaną tarczę, dzięki czemu łatwo było go odróżnić od 42 mm wersji. Jego konstrukcja była też okupiona pewnymi ustępstwami. Zastosowanie modułu Dubois-Dépraz sprawiało, że przyciski chronografu znajdowały się w innej linii niż koronka (nieco wyżej), natomiast sam mechanizm wśród zegarmistrzów zyskał renomę trudnego w serwisowaniu.
Przy kolejnych edycjach Omega eksperymentowała ze stylistyką. Wprowadzono datownik, w niektórych referencjach zmieniano układ subtarcz, a czasem nawet ich kształt (w ostatnich były np. owalne). Gdzieś po drodze zadecydowano, że mniejsze automatyczne Speedmastery będą skierowane głównie do kobiet, dlatego kolejne modele upiększano złotem, szlachetnymi kamieniami, czy tarczami z masą perłową lub słonecznym szlifem. Najnowsza odsłona Speedmastera 38 zdaje się być efektem potrzebnej korekty kursu – w szczególności recenzowany wariant ref. 324.30.38.50.01.002, który swoim wyglądem jest najbardziej zbliżony do linii Professional.
Mniejszy rozmiar, wielkie oczekiwania

Najnowsze, odświeżone stylistycznie Speedmastery 38 oferowane są w siedmiu wariantach, z których aż sześć posiada datownik umieszczony na godzinie szóstej. Recenzowany model jest go pozbawiony, co szczególnie upodabnia go do Moonwatcha. Mamy tu taką samą matowo-czarną tarczę (z nakładanym logo i bezbłędnie nadrukowanymi białymi napisami o charakterystycznej czcionce), a także klasyczny komplet wąskich białych wskazówek, pokrytych świecącą na zielono Super-LumiNovą. Ze smaczków, na czarnym aluminiowym bezelu ze skalą tachymetryczną można dostrzec tzw. Dot Over Ninety (z ang. „kropka nad dziewięćdziesiątką”), czyli historyczny detal, który jakiś czas temu został przywrócony w linii Professional.


Mimo zredukowanego rozmiaru koperty, sama tarcza w Speedmasterze 38 ma nieco oversize’owy wygląd. Za efekt ten odpowiadają trzy totalizatory – zagłębione w strukturę cyferblatu i wykończone szlifem ślimakowym. Ich średnica zapewne mogłaby być odrobinę mniejsza, są także szerzej rozstawione względem siebie niż w Moonwatchu, przez co niemalże dotykają rantu tarczy. Z jednej strony poprawia to ogólną czytelność i eliminuje efekt stłoczenia, z drugiej zaś tarcza niektórym może wydać się przez to nieproporcjonalna do reszty zegarka. Mimo wszystko, na żywo design ten całkiem dobrze się sprawdza. Patrząc na zegarek z góry nie ma się wrażenia, że jest za mały – dopiero gdy wzrok przeskoczy na pozostałe elementy, zdajemy sobie sprawę, że to jednak zmniejszona wersja znanego klasyka.

Proporcje mają znaczenie
Tuż po premierze recenzowanego modelu, w sieci można było przeczytać arbitralne opinie, jakoby był on „zdecydowanie za gruby”. Jego rzeczywiste wymiary to 38 mm średnicy, lug-to-lug 44,96 mm i 14,75 mm grubości. Ponieważ Speedmaster 38 zachowuje typową dla siebie „kanapkową”, czy też „schodkową” konstrukcję; wypukłe szafirowe szkło, bezel, koperta i dekiel tworzą wyraźnie odcinające się od siebie segmenty. Nawet spoglądając od najmniej ciekawej strony, czyli na pozbawiony „pusherów” i koronki szczotkowany bok koperty, nie uświadczymy tu przesadnie wysokiego, jednolitego bloku stali – część optycznej grubości bierze na siebie chociażby pełny stalowy dekiel (ozdobiony wizerunkiem mitycznego hipokampa), będący jednym z gwarantów wodoszczelności 100 m (vs. 50 m w Moonwatchu).



Za ewentualną „beczułkowatość” zegarka odpowiada tu głównie mechanizm, a właściwie sam fakt zastosowania automatycznego naciągu – co zawsze negatywnie wpływa na grubość chronografów. W przypadku testowanego modelu jest to certyfikowany przez COSC in-house’owy kaliber 3332 (3330 w wariantach z datownikiem), bijący z częstotliwością 28 800 wahnięć na godzinę i posiadający 52-godzinną rezerwę chodu. Mechanizm ten wyposażony jest w koło kolumnowe, wychwyt współosiowy Co-Axial, balans z regulacją bezwładnościową i krzemowy włos (Si14) – jest również rodowany i ozdobiony pasami genewskimi (Côtes de Genève). Jednym słowem, zarówno pod względem technicznym jak i wizualnym jest to odpowiednio zaawansowana propozycja jak na ten pułap cenowy (cena katalogowa testowanej referencji to 29 800 PLN).

Przechodząc do bransolety, jest to zwężony do 18 mm (przy kopercie) odpowiednik wersji spotykanej w modelu Professional. Wzorowana na starszych referencjach z lat 80. – 90., składa się z trzech rzędów szczotkowanych i dwóch rzędów drobniejszych, polerowanych ogniw skręcanych na śruby. Samo zapięcie stylizowane jest na jeszcze wcześniejszy okres, dlatego z daleka może sprawiać wrażenie delikatnego – w rzeczywistości jednak wykonano je z kutej stali i jest niezwykle solidne. Posiada też system mikroregulacji na poczekaniu (ang. push-button micro-adjustment), który za naciśnięciem guzika pozwala dodać parę potrzebnych milimetrów (dokładnie 2,3 mm). Co ważne, mimo wieloelementowej konstrukcji, bransoleta nie rwie włosów z nadgarstka i bardzo wygodnie się nosi. Żeńskie ogniwa końcowe pozwalają jej natychmiast podążać za krzywizną nadgarstka, przez co zegarek idealnie układa się na ręce.
Wrażenia ogólne
Zachowanie optymalnych proporcji zawsze stanowi największe wyzwanie przy projektowaniu zredukowanych wersji klasyków, a już w szczególności gdy są to chronografy z automatycznym naciągiem. Na szczęście Speedmaster 38 jest jednym z tych zegarków, które na żywo wypadają lepiej, niż „na papierze” – tym bardziej, gdy z początku patrzymy tylko na podane wymiary, albo czytamy sceptyczne komentarze w Internecie. Sam, jako zwolennik jak najcieńszych chronografów, mimo wypominanej „beczułkowatości”, zaklasyfikowałbym tę premierę do kategorii udanych. Podczas testów zegarek nosił się bardzo przyjemnie – odpowiednio układał się na nadgarstku, a dzięki obustronnej warstwie antyrefleksu na szkle pozostawał czytelny nawet w pełnym słońcu (pomijam, że wyglądał wtedy najbardziej atrakcyjnie, co potwierdzają zdjęcia).

Z tych samych względów nie miałbym nic przeciwko, aby dołączyć go do własnej kolekcji – w przeciwieństwie do wcześniejszych wcieleń, co znaczy, że Omega wykonała tutaj krok we właściwym kierunku. Pomimo zredukowania średnicy do 38 mm model ten nadal zachowuje cechy charakterystyczne dla pierwowzoru, łącznie z wysokim standardem wykończenia. Zarówno poziom obróbki metalu, jak i detal na tarczy nie ustępują niczym linii Professional. Dzięki temu, że cyferblat pozbawiony jest okna datownika i został wykończony tym samym czarnym matem (a nie na przykład szlifem słonecznym) model ten konkuruje do bycia najlepszym mniejszym odpowiednikiem Moonwatcha spośród dotychczasowych propozycji. Do prawdziwego ideału zabrało tu zaledwie milimetra – czy raczej należałoby ten milimetr odjąć, aby rozwiać wszelkie wątpliwości niedowiarków.



