Wywiad Christoph Grainger-Herr (CEO IWC Schaffhausen)
Podczas oficjalnego otwarcia pierwszego w Polsce monobrandowego butiku IWC mieliśmy okazję porozmawiać z CEO manufaktury z Schaffhausen i zapytać o tegoroczne premiery, nowe materiały i… architekturę.
Choć pierwszy w Polsce monobrandowy butik IWC Schaffhausen działa już od ponad miesiąca – o czym pisaliśmy TUTAJ – dopiero teraz odbyła się jego oficjalna inauguracja. Wydarzenie przypadło na wyjątkowo słoneczny, wiosenny dzień, który okazał się idealnym tłem dla spotkania z przedstawicielami szwajcarskiej manufaktury i firmy W.KRUK, operatora warszawskiego salonu.
W stolicy pojawili się m.in. Christoph Grainger-Herr (CEO IWC), Grant Wilson (Managing Director North & Eastern Europe) oraz Alexander Schwenck (Director Marketing & PR CEE+). Ze strony W.KRUK obecni byli Łukasz Bernacki (CEO), Joanna Andrzejewska (Dyrektorka Marketingu) oraz Tomasz Kotula (Dyrektor Działu Zegarków).

Swobodna atmosfera wydarzenia stała się dla nas okazją do rozmowy z charyzmatycznym CEO marki IWC, Christophem Graingerem-Herrem.
Tomasz Kiełtyka: Co w Twojej opinii wyróżnia oficjalny butik IWC od salonu multibrandowego?
Christoph Grainger-Herr: Wiele rzeczy. Po pierwsze asortyment – w butiku mamy wszystkie kolekcje oraz modele ekskluzywne, dostępne tylko u nas. Po drugie – doświadczenie marki i standardy obsługi. To głębsze zanurzenie w świat IWC. Z poziomu butiku klienci mogą np. pojechać na zwiedzanie fabryki z naszym zespołem i stać się częścią naszej rodziny.

Czy planujecie budować długofalowe relacje z klientami w tym miejscu?
Zawsze. Kiedy rynek luksusowy dojrzewa, buduje się segment lojalnych klientów. W IWC mamy tę przewagę, że oferujemy szeroki zakres cenowy: od modeli podstawowych (zwłaszcza w linii Pilot) za około 5000 euro, aż po wielkie komplikacje za setki tysięcy euro. Podróż klienta przez nasze kolekcje może być bardzo długa. To nie jest tak, że kupujesz chronograf i to koniec. Na początku kupujesz produkt, bo Ci się podoba, ale przy drugim lub trzecim zakupie chcesz poznać ludzi, zobaczyć jak wszystko powstaje i zrozumieć markę. Butik jest do tego idealnym miejscem.
Która z ostatnich premier najlepiej oddaje kierunek, w którym zmierza IWC?
Dwie tegoroczne nowości są kluczowe. Pierwsza to model z wiecznym kalendarzem. Od 1985 roku korzystaliśmy z genialnego rozwiązania Kurta Klausa, który można było łatwo przestawiać do przodu, ale nie wstecz. Chcieliśmy to „rozgryźć”, co oznaczało przeprojektowanie całego mechanizmu. System Klausa opierał się na dźwigniach i zapadkach, które działają tylko w jedną stronę. Musieliśmy stworzyć werk w pełni oparty na kołach zębatych, gdzie wszystko jest zsynchronizowane. Zespołowi zajęło to 10 lat pracy, ale finalnie mechanizm jest niezwykle prosty w obsłudze. To esencja IWC: tworzenie rzeczy genialnych funkcjonalnie, ale wytrzymałych i łatwych w użyciu. Druga nowość to Venturer. Choć zaprojektowany od podstaw z myślą o lotach w kosmos, zachowuje DNA naszych tool watchy. Ma czysty, czytelny design i jest bardzo wytrzymały. To ekscytujące, bo loty w kosmos to nie jest już tylko domena rządowa, ale też komercyjna i naukowa, co wymaga nowego języka projektowania.

Jak duże znaczenie podczas projektowania nowych zegarków mają dla Was innowacje materiałowe?
Zawsze były częścią naszej historii. Zaczęło się w 1986 roku od ceramiki w linii Da Vinci, a w 1985 roku stworzyliśmy pierwszy tytanowy zegarek z Porsche Design. Wtedy nikt nie potrafił obrabiać tytanu – pył powstający przy produkcji jest niezwykle łatwopalny i grozi wybuchem, jeśli nie zapanuje się nad temperaturą. Ta idea wytrzymałych materiałów towarzyszy nam do dziś. Najnowszym krokiem jest Ceralume – pierwsza w pełni luminescencyjna ceramika. Większość takich rozwiązań na rynku to polimery (plastik) zmieszane z luminoforem. My chcieliśmy czystej ceramiki, która świeci. Wyzwanie rzuciliśmy naszym stażystom. Pracowali nad tym niezwykle ciężko. Pół godziny przed ostateczną prezentacją ich prototyp pękł. Przyszli do mnie i powiedzieli: „Chris, prawie nam się udało, ale znowu pękło w ostatniej chwili”. Ich determinacja była niesamowita, więc zdecydowaliśmy się to zindustrializować. Teraz Ceralume to materiał, który po prostu działa i daje niesamowity efekt w ciemności.

Czy zegarki mechaniczne stają się produktami bardziej emocjonalnymi czy technicznymi?
Zawsze były emocjonalne, ale dziś to, co oferujemy, to „techniczna rozrywka”. To szalona historia o inżynierach tworzących totalnie niepotrzebne rzeczy, jak wieczny kalendarz. Nikt go technicznie nie potrzebuje, ale to, że ludzie potrafią to zbudować, jest niesamowite. To branża, w której tysiące osób przesuwa granice możliwości tylko po to, by sprawiać radość. Widzieliśmy to podczas pandemii – ludzie zamknięci w domach szukali autentycznych treści, a wiedza klientów o zegarkach w tym czasie drastycznie wzrosła.
Czy jako architekt z wykształcenia starasz się czasem wpływać na design zegarków IWC?
Czasami staram się nie wpływać (śmiech), choć zespół mnie od tego odwodzi. Procesy w obu dziedzinach są podobne: musisz połączyć tysiące technicznych wymagań, by stworzyć coś, co wywołuje emocję: „to jest ładne”. Klient nie musi widzieć skomplikowanych obliczeń konstrukcyjnych, liczy się efekt. Jednak technologia w obu światach działa inaczej. W architekturze wizualizacje cyfrowe oddają efekt w 99%. W zegarkach renderowanie jest bardzo ograniczone. Nie da się na ekranie komputera oddać tego, jak materiał, tarcza i światło słoneczne ze sobą współpracują. Musimy bardzo wcześnie tworzyć fizyczne prototypy. To była dla mnie największa lekcja po przejściu z architektury do zegarków.

Wiele marek rozszerza kolekcje o różne rozmiary i kolory. Czy to właściwa droga, czy lepiej tworzyć trendy z ograniczoną ofertą?
Ostatecznie decydują klienci. Nie jest prawdą, że czas dużych zegarków się skończył, mimo że media promują mniejsze rozmiary – są bowiem rynki, na których dominują wielkie średnice. To pokazuje, że dziś trendy są bardzo zróżnicowane globalnie w tym samym czasie, dlatego oferujemy więcej rozmiarów niż kiedyś. Istnieje jednak „złoty środek” wyboru. Podaję zawsze przykład krawatów: musisz mieć w sklepie przynajmniej 10, żeby klient wybrał ten niebieski, ale jeśli dasz mu 600, z podjęciem decyzji wcale nie będzie łatwiej (śmiech).
Czy w przyszłości planujecie mocniej skupić się na Formule 1? Ten rok jest bardzo dobry dla Waszego zespołu.
Nasza relacja z Mercedes-AMG trwa ponad 20 lat, a z zespołem F1 od 2013 roku. To najdłuższe takie partnerstwo w branży. Nie oceniamy go tylko przez pryzmat wygranych. Najważniejsze jest to, że nawet gdy samochód czy kierowcy nie dają wyników, my nie kwestionujemy tej współpracy. Przechodzimy przez to razem. Dla nas liczy się unikalna historia inżynieryjna i ludzka. To, co dzieje się w zespole F1, to relacje rodzinne. A tworzenie edycji specjalnych dla Lewisa Hamiltona czy George’a Russella to nie jest po prostu naklejenie logo. To dwa lata spotkań, wiadomości na WhatsAppie i notatek głosowych. To autentyczna więź. Kierowcy angażują się w to sercem, co widać, gdy zostają na eventach dłużej, niż muszą. Tego nie kupisz za żadne pieniądze, to kwestia relacji, która jest niezależna od aktualnych wyników na torze.

Dziękuję bardzo za rozmowę.
Ja również bardzo dziękuję.


