Zegarki czytelników Omega Planet Ocean Big Size (Michał Jośko)

W nowym cyklu artykułów „zegarki czytelników” to właśnie Wy, nasi czytelnicy, będziecie opisywać swoje ulubione czasomierze. Na dobry początek Omega Planet Ocean Big Size zaprzyjaźnionego z nami redaktora magazynu CKM – Michała Jośki.

Wszystko zaczęło się od dziadka, który zawsze był wielkim fanem zegarków Omega. Z czasów dzieciństwa pamiętam noszony przez niego złoty model naręczny z lat 40. ubiegłego wieku (prawdopodobnie na kalibrze Cal. 260) oraz kieszonkowy, z kopertą wykonaną ze stali. Ten drugi został przekazany mi i od lat spoczywa na mojej półce.

W życiu przerobiłem fascynacje różnymi zegarkami – pierwszym była „pierwszokomunijna” Montana z szesnastoma melodyjkami, później na moim nadgarstku gościły różne modele Casio. W wieku 19 lat stałem się dumnym posiadaczem pierwszego „Szwajcara” (kwarcowe Candino), natomiast w kolejnych latach moimi miłościami stawały się m. in. Certina DS Cascadeur oraz trzy kolejne TAG Heuerowe Aquaracery. Jednak w głębi duszy zawsze tliła się wielka słabość do Omegi.

Pewnego dnia podjąłem wreszcie decyzję, że z miłością nie wolno walczyć, lecz trzeba się jej poddać – w myśl tego postanowienia, w roku 2010, kupiłem Omegę Seamaster Planet Ocean. Trafiłem wreszcie na swój ideał, który łączył moją sympatię do firmy z Biel (zaznaczmy: mającą wielkie tradycje na polu tworzenia zegarków dla podwodniaków), ulubioną nurkową stylistykę oraz fascynację filmową serią o Jamesie Bondzie (któż z nas choć raz w życiu nie dał się omamić podczas zakupów marketingowym sztuczkom, niechaj pierwszy rzuci kamieniem).

Michał Jośko podczas premiery zegarków Omega Planet Ocean
Michał Jośko podczas premiery zegarków Omega Planet Ocean

Moja „Planeta” to wersja Big Size z kopertą o średnicy 45,5 mm, więc jak widać, dałem ponieść się „gigantomanii”, która kilka lat temu na dobre władała światem zegarków. To sporo, nawet uwzględniając mój ponad 19-centymetrowy nadgarstek, lecz odrobina przyzwyczajenia wystarczyła, aby taki rozmiar uznać za mieszczący się w granicach zdrowego rozsądku. Duży rozmiar ma oczywiście wpływ na wagę zegarka, lecz jej odbiór jest kwestią indywidualną: po prostu lubię czuć zegarek na nadgarstku, ma być ciężki i masywny (oraz koniecznie na bransolecie). Wygoda noszenia nie jest dla mnie priorytetem, zwłaszcza, że chodzi tu przecież nie o „garniturowca”, lecz czasomierz, który z założenia ma być tzw. tool-watchem. Skoro o tym mowa: najgłębiej pod wodę zdarza mi się zejść na kilka metrów z maską i rurką, dlatego czasem słyszę pytania typu „po co ci zegarek z wodoszczelnością wynoszącą 600 metrów i zaworem helowym”?

Swoją drogą z podobnymi uszczypliwościami mierzył się swego czasu Jeremy Clarkson (nota bene wielki miłośnik marki Omega już od czasów szkolnych, gdy od rodziców otrzymał model Genève Dynamic), na którego nadgarstku przez kilka lat gościła „Planeta”. Jego uzasadnieniem, z którym całkowicie się zgadzam, było to, iż choć nigdy nie wykorzysta się 600-metrowej wodoszczelności, to po prostu fajnie wiedzieć, że takowa jest. Kropka.

Omega Planet Ocean
Omega Planet Ocean

Zegarki nurkowe są nie tylko po męsku piękne (kwestia subiektywna), lecz także w większości wypadków zapewniają rewelacyjną czytelność wskazań oraz mają „pancerną” budowę. Ostatnia ze wspomnianych cech jest szczególnie istotna dla osób takich jak ja: nie oszczędzam czasomierzy, użytkuję je naprawdę intensywnie. Po prostu nie chcę się martwić, czy zegarek przetrwa, czy się zepsuje. Sporty motorowe, wodne, strzelnica itp.: moja „Planeta” wielokrotnie miała do czynienia z tego rodzaju sytuacjami i nie narzekała. To zegarek, który powstał po to, aby radzić sobie w ciężkich warunkach i z owego zadania od lat wciąż wychodzi obronną ręką.

Choć malkontenci mogą w tym miejscu narzekać, że wewnątrz koperty pracuje plebejski kaliber 2500 (czyli zmodyfikowana ETA 2892), lecz dla mnie najistotniejsze jest to, iż mechanizm jest naprawdę precyzyjny i niezawodny. Do aktualnej, produkowanej od kilku lat nowej generacji Planet Ocean trafił znacznie bardziej prestiżowy werk in-house, lecz pamiętajmy, iż był to jeden z głównych powodów tego, iż cena zegarka wzrosła o kilkadziesiąt procent. Skoro o pieniądzach mowa – o tym, iż pierwsza generacja tego zegarka była naprawdę udana, świadczy także fakt, iż model ten wciąż naprawdę nieźle trzyma cenę na rynku wtórnym.

Stephen Urquhart i Michał Jośko
Stephen Urquhart i Michał Jośko

Obecnie Omega Planet Ocean posiada także ceramiczne wkładki na bezelu oraz znacznie ostrzejsze linie koperty, jest bardziej „techniczna” i sprawia masywniejsze wrażenie – pierwsza generacja wydaje się być nieco subtelniejsza. Dla jednych to wada, dla mnie zaleta.

Kolejna istotna różnica: nową generację wyekwipowano w przeszklony dekiel, co w moim odczuciu mocno gryzie się z ideą zegarka nurkowego. Owszem, takie rozwiązanie umożliwia podziwianie pracy mechanizmu, jednak ma walory wyłącznie estetyczne, niemające żadnego technicznego uzasadnienia w „diverze”. Zdecydowanie bardziej wolę solidny stalowy dekiel – zwłaszcza, jeśli znajduje się na nim przepiękny Hippokamp, logo zegarków z linii Seamaster.

Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione rzeczy, wciąż daleki jestem od planowania zakupu nowej „Planety”, choć ze wszystkich obecnie produkowanych zegarków najpiękniejszym jest dla mnie jej czarna edycja GMT. Mogę popuścić wodze fantazji? Marzę o dniu, w którym pojawiłaby się wersja Planet Ocean pozbawiona datownika.

Omega Planet Ocean
Omega Planet Ocean

Czy mój egzemplarz ma jakiekolwiek wady? Dodatkowe zapięcie – służące do zakładania zegarka na piankę do nurkowania – lubi czasami rozpinać się bez zgody właściciela. Zewnętrzny antyrefleks, biorąc pod uwagę moje bezpardonowe użytkowanie czasomierza, bardzo szybko złapał rysy.

Jak widać, nie jest to długa lista, w przeciwieństwie do mnóstwa zalet: moja Omega to przepiękny, świetnie wykonany zegarek, który już od sześciu lat wywołuje uśmiech podczas zakładania na nadgarstek i jest zdecydowanym numerem jeden spośród kilkunastu czasomierzy, które posiadam. Najprawdopodobniej ma u mnie „dożywocie” i to właśnie ona jest zegarkiem, który pewnego dnia chciałbym przekazać wnukowi, jeśli takowego będę miał. A to chyba o czymś świadczy.


Chcesz aby opis Twojego ulubionego zegarka trafił na naszą stronę?
Napisz na adres redakcja (małpa) ch24.pl lub skorzystaj z formularza kontaktu